Twój styl zależy od Ciebie?

Twój styl zależy od Ciebie?

Zdarzyło mi się niedawno "przekopać" sterty zdjęć moich prac zalegających na dysku, po co mi było to kopanie oraz co z tego wynikło opowiem Wam przy okazji ale przyznam, że z zaciekawieniem zaglądałam do najstarszych folderów. Podziwiałam pierwsze koszyki, potem iglane frywolne supełki, szydełkowe oczy (bo oczkami raczej trudno to nazwać:-)) a na samym końcu kartki. I to właśnie te kartki zaczęły mnie zastanawiać, bo im bliżej byłam teraźniejszości w tych moich archeologicznych poszukiwaniach tym bardziej byłam zaskoczona. I nie mówię tu o postępach technicznych, które oczywiście kątem oka dostrzegam, ale o styl. Mam takie wrażenie, że te moje kartki są coraz mniej moje;-) Bo mimo uwielbienia dla prostoty i minimalistycznego skrzywienia coraz więcej na nich zdobień, scrapków, warstw a nawet kwiatków. Ale cóż "klient nasz pan", a że mimo trochę odległych od moich gustów klimatów, klei mi się całkiem przyjemnie, no i cel szczytny sobie obrałam, więc nie marudzę, tylko wyklejam. Sezon komunijny w pełni, terminy gonią z tego powodu na zdjęcia i to kiepskie bo wieczorne, załapały się tylko dwie. Jedna podoba mi się bardziej, ale nie powiem która:-). Pierwsza jest dla Karolinki...






Druga dla innej Karolinki, widać popularne to było wtedy imię. I jeszcze taki wniosek demograficzno - statystyczny mi się nasunął przy okazji tego klejenia, że chyba dziewczynki zdecydowanie przeważają w komunijnym roczniku. 

 




Zostawiam Was z moimi(?) karteczkami i pędzę do ogrodu, bo tydzień miałam strasznie siedzący i stęskniłam się za łopatą.


 Pozdrawiam słonecznie:-)

Zapach maja.

Zapach maja.

Mało mnie tu ostatnio, zagubiłam się w majowym ogrodzie. Obfitość maja to coś co mnie lekko otumania, wyłącza rozsądek i uruchamia jakieś nieziemskie siły pchające "do łopaty", więc biegnę co dzień z pracy... do pracy. Kiedy jeszcze niebo funduje nam piękną pogodę pozwalającą delektować się widowiskiem, chłonąć świeżą zieleń, kolory kwiatów a przede wszystkim zapach, to przepadam i nie ma mnie dla nikogo:-) Po okresie zimowego niebytu, ten zapach soczystej zieleni, majowych bzów i szalejącej kwieciem wisterii wydaje się niesamowicie intensywny. Podobno węch to najstarszy ze zmysłów, nauka mówi, że razem ze smakiem należy do grupy zmysłów chemicznych. Może dlatego poczęstowana chemią straciłam te dwa zmysły na kilka długich miesięcy. Na szczęście była wtedy zima, więc świat w zasadzie nie pachniał;-). Za to dziś zapach i smak doceniam podwójnie. Nigdy nie byłam i pewnie już nie będę, specjalistką od kreowania smaków (raczej kiepska ze mnie kucharka;-)) rekompensuje to sobie swoim wiosenno-letnim światem zapachów. A wieczorami, jeżeli tylko czas pozwala przysiadam pod bzem i odpoczywając od "łopaty" czytam albo supłam, bo akurat z czółenkami najłatwiej się zabrać w plener. Z tej bzowej inspiracji  dwa frywolne kompleciki usupłałam. Niby podobne, ale każdy inny. Pierwszy już ma nową właścicielkę, a mnie zostały tylko zdjęcia...





Drugi powstał trochę z rozpędu i chyba należy do mnie;-)





Bzy powolutku przekwitają, chociaż zapach ciągle unosi się w nagrzanym powietrzu. Wisteria, zwana też glicynią,  posypuje ziemię fioletowym śniegiem, ale wciąż czaruje nie tylko zapachem  ale i widokiem. Posyłam Wam troszkę tych moich czarów mając nadzieję, że chociaż w części usprawiedliwią ten mój blogowy niebyt. Myślę, że kiedy te zapachy trochę ucichną, a ja nacieszę się dostatecznie majem i wiosną znów na dobre rozgoszczę się blogowym świecie.









Pozdrawiam:-)

Takie kwiatki:-)

Takie kwiatki:-)

Ruch na blogach przycichł. I nic dziwnego, iście letnia pogoda nie zachęca do ślęczenia przed monitorem z własnej woli, a każdy kto dysponuje kawałkiem choćby ziemi, ma teraz ręce pełne roboty. Ja też wpadam tu tylko na chwilkę, bo słoneczko zdecydowanie utrudnia odbiór obrazu na monitorze, a w domu nie potrafię wysiedzieć. W to piękne, kwietniowe niedzielne popołudnie przychodzę do Was z kwiatkami...
Bo na punkcie kwiatków, to ja mam hopla;-) Jak tylko zielone czubeczki wychylą się wiosną z ziemi moje życie ogrodowe rozkwita w pełnej krasie. Sieję kwiatki, kupuję kwiatki, sadzę kwiatki, podlewam kwiatki, nawożę kwiatki..., a jeżeli pogoda nie sprzyja powyższym, to czytam, o kwiatkach oczywiście. I może dlatego mam tych kwiatków taki nadmiar, że w poza-ogrodowym świecie kwiatków raczej unikam. Mało ich także w moich rękodzielniczych tworkach, a jeżeli już się pojawiają, to są raczej prostym graficznym odzwierciedleniem motywu, a nie próbą podrobienia matki natury. Podziwiam niezmiernie ekspertki od scrapbokingu, które z papieru lub foamiranu są w stanie wyczarować kwiaty niemal jak prawdziwe. Ja niestety nie umiem i dlatego na moich karteczkach kwiatki kwitną niezmiernie rzadko. Tym razem rozkwitły na wyraźne życzenie. Kwiatki to gotowce, w jakimś gratisie do mnie przyleciały i przeleżały troszkę na dnie szuflady. Napis na opakowaniu głosi, że to kwiatki wiśni. No cóż, wiśnie przekwitły więc nie porównam, ale może to i dobrze;-) Kartka majowa i dziewczęca, bogata jak na moje minimalistyczne gusta, a do tego ubrana w proste pudełeczko z okienkiem.






Mimo, iż efekt końcowy nawet mi się podoba, to ciągle mi jakoś do tych scrapowych kwiatków nie po drodze. No bo jak się człowiek naogląda tych wszystkich kwietnych niuansów, gdzie każdy kształt, kolor, pręcik, płatek, włosek, falbanka, kreseczka, kropeczka, cieniowanie... tworzą prawdziwie kompletny cud natury, to potem trudno się przestawić na najdoskonalszą nawet imitację. Ale może kiedyś, jakąś srogą zimą, tak zatęsknię za swoimi kwiatkami, że spróbuję się zmierzyć z kwiecistą produkcją, na razie wolę swoje skromne, ogrodowe oryginały;-)












Pozdrawiam:-)


Wiosenny bretarianizm ;-)

Wiosenny bretarianizm ;-)

Od pięciu dni (z konieczności, nie z wyboru) jestem bretarianką, czyli odżywiam się powietrzem i słońcem, którego na szczęście nie brakuje. W sumie zaczyna mi się to nawet podobać;-) Ile to człowiek czasu zyskuje, kiedy nie musi zaglądać do kuchni, robić zakupów i planować posiłków. Niepokoją mnie jedynie trochę prognozy pogody, które zapowiadają rychłe zmiany i zaczynam się zastanawiać, czy samo powietrze mi wystarczy:-D
W związku z powyższym spędzam dziś piękny dzień w ogrodzie gromadząc na wszelki wypadek zapasy słonecznego pożywienia i delektując się wybuchem wiosny. Bo ta wiosna wyczekana pędzi tak, że trudno za nią nadążyć...
To ten czas, kiedy wiśniowy kompot wygląda najpiękniej, przebijając nawet wiśnie w czekoladzie;-)



Królowie kwietnia - tulipany - wystawiają śmiało gęby do słońca w różnych zakątkach ogrodu.





Młodziutka magnolia wynagradza niewielki rozmiar niemałym kwieciem.


Drobniutkie bratki kupione za bezcen w supermarkecie, które marniutkie takie były, że nikt oprócz mnie ich nie chciał, po solidnej porcji odżywiania nieśmiało otwierają oczka.


Prymulki też słonecznie mrugają z obwódki rabaty.


Dość niespotykane, kwietniowe ciepło wyczuła pierwsza azalia i nie czekając maja różowi się ze zdziwienia,


a i bzy lada moment zapachną pod oknem.


No i moje ukochane niezapominajki, delikatne i skromne twardzielki (jak ja:-D), które mimo mojego starania rosną sobie tam gdzie chcą, albo tam gdzie nic innego rosnąć nie chce.


Kilka dni temu wyrosły mi nawet na starej konewce;-)







Raczej unikam kwiatowych motywów w zdobieniu, tym bardziej w ogrodzie, bo to mi jakoś przy matce naturze zawsze blado wypada, ale te niezapominajki wpadły mi w ręce przypadkiem i nie dały o sobie zapomnieć. Będę je teraz miała calutkie lato.
Posyłam moją skromną koneweczkę na zabawę z decu>> prowadzoną przez Justynkę>> i Renię>>. Trochę mnie Justynka wywołała do tablicy inspiracjami i przypomniała, ze dawno temu próbowałam się zaprzyjaźnić z decu. Niewiele z tego zaprzyjaźniania wyszło, ale coś tam jeszcze pamiętam;-)


Życzę Wam pięknego, wiosennego popołudnia i słonecznego, mimo prognoz tygodnia.
Niech Nam wiosna w duszy gra:-)



Copyright © 2014 Papierolki , Blogger